Dlaczego Europie trudno jest mówić o Iranie jednym głosem?

- Autor, Katya Adler
- Stanowisko, Redaktorka ds. europejskich
- Czas czytania: 8 min
Europa wiedziała, że to możliwe. Decydenci przez kilka tygodni obserwowali, jak siły USA gromadzą się na Bliskim Wschodzie. Słyszeli groźby administracji Trumpa pod adresem Teheranu: zrezygnujcie z wszelkich nuklearnych ambicji albo przygotujcie się na konsekwencje!
Jednak po rozpoczęciu trzy dni temu ataku USA i Izraela na Iran Europejczycy wyglądali na co najmniej nieskoordynowanych - jeśli nie na podzielonych i pozbawionych wpływów, oszołomionych wirem wydarzeń.
Co zrozumiałe, każdy kraj europejski obawia się o obywateli przebywających w regionie - łącznie dziesiątki tysięcy Europejczyków - i możliwości ich ewentualnej ewakuacji.
Rządy europejskie martwią się też, jak rozwijający się kryzys na Bliskim Wschodzie może uderzyć w ich gospodarkę, choćby poprzez wzrost kosztów energii i żywności. Ceny gazu w Europie osiągnęły najwyższy poziom od czasu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku.

Źródło zdjęcia, Getty Images
Pod względem politycznym: Europa ma wyraźne trudności z wypracowaniem wspólnego stanowiska w sprawie zawrotnych zmian na Bliskim Wschodzie.
Trzy europejskie potęgi - Francja, Niemcy i Wielka Brytania - zdołały wydać w weekend wspólne oświadczenie. Ostrzegają w nim Iran, że są gotowe podjąć „działania obronne", by uniemożliwić mu uruchamianie pocisków i dronów, jeśli Teheran nie zaprzestanie „masowych ataków", w tym na cele cywilne.
Żadne z trzech państw nie podważało legalności ataków USA i Izraela w świetle prawa międzynarodowego. Także w serii tweetów opublikowanych przez szefową polityki zagranicznej UE, Kaję Kallas, ewidentnie nie znajdziemy kwestionowania działań Waszyngtonu.
Dla europejskich przywódców jednym z najważniejszym czynników jest chęć zachowania dobrych stosunków z Donaldem Trumpem. Desperacko mają nadzieję, że wydarzenia na Bliskim Wschodzie nie odciągną uwagi prezydenta USA od poszukiwania trwałego rozwiązania konfliktu na ich własnym kontynencie: w Ukrainie.
Ale czy wymijające stanowisko niektórych europejskich mocarstw - w sprawie legalności ostatnich działań USA w Iranie lub Wenezueli - nie komplikuje sytuacji?
Przywódcy lubią mówić o Europie wspólnych wartości, szanującej międzynarodowy porządek oparty na wspólnych zasadach. Ale jakich dokładnie zasadach?
Premier Hiszpanii mówi, że ma jasne stanowisko. Pedro Sánchez napisał w mediach społecznościowych, że „można być przeciwnym nienawistnemu reżimowi, jak w przypadku reżimu w Iranie... i jednocześnie sprzeciwiać się nieuzasadnionej, niebezpiecznej interwencji wojskowej poza prawem międzynarodowym".
W poniedziałek kilka amerykańskich samolotów opuściło Hiszpanię po oświadczeniu Madrytu, że bazy na terytorium kraju nie mogą być wykorzystywane do ataków na Iran.
Tymczasem Unia Europejska wydaje się całkowicie nieskoordynowana. Oświadczenie wydane przez szefów dyplomacji państw członkowskich nie popiera zmiany reżimu w Iranie - ale przewodnicząca Komisji Europejskiej, głównego organu wykonawczego UE, zrobiła to w niedzielę.
„Pilnie potrzebna jest wiarygodna transformacja w Iranie," czytamy w poście Ursuli von der Leyen w mediach społecznościowych.

Źródło zdjęcia, Getty Images
Nie był to bynajmniej pokaz jednomyślności.
Jednak w nowym, burzliwym świecie wielkich mocarstw państwa europejskie - wewnątrz UE i poza nią, w tym Wielka Brytania - deklarują, że dążą do lepszej współpracy, przede wszystkim w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony. Kluczowe pytanie brzmi: czy współpraca jest możliwa do osiągnięcia?
Nowe myślenie o broni jądrowej
Rok 2026 rozpoczął się dramatycznie: Wenezuela, Grenlandia i Iran. Europa mierzy się z ekspansjonistyczną Rosją u swoich granic, gospodarczą agresją Chin i coraz bardziej nieprzewidywalnym sojusznikiem w Waszyngtonie.
W poniedziałek prezydent Emmanuel Macron ogłosił nadchodzące zmiany we francuskiej doktrynie nuklearnej. Paryż rozbuduje arsenał głowic jądrowych - ponieważ, jak mówił Macron, „nasi konkurenci ewoluowali, podobnie jak nasi partnerzy".

Źródło zdjęcia, AFP via Getty Images
Rosja ma największy arsenał nuklearny na Ziemi, a Chiny szybko rozbudowują swoje możliwości. Natomiast Stany Zjednoczone – druga co do wielkości potęga jądrowa świata, tuż za Rosją – od dziesięcioleci osłaniają Europę parasolem nuklearnym. Jednak zmiana priorytetów Waszyngtonu niepokoi Europejczyków.
Szwecja, Niemcy i Polska zwróciły się do Francji z bezpośrednią prośbą o zapewnienie kontynentowi dodatkowej ochrony. Sojuszników z NATO ma już chronić Wielka Brytania, jedyna obok Francji potęga nuklearna w Europie.
Prezydent Macron może dziś powiedzieć „a nie mówiłem?". Od lat nawołuje, by Europa dążyła do większej strategicznej autonomii w zakresie obronności. Wzywał też do intensywnego rozwoju europejskiego programu kosmicznego, w tym satelit podwójnego zastosowania, za pośrednictwem Europejskiej Agencji Kosmicznej.
Jednak ogromnym wyzwaniem pozostaje koordynacja. Jaskrawo widać to na przykładzie zakupów wojskowych. Podczas gdy USA wykorzystują około 30 systemów uzbrojenia, Europa ma ich 178. Ich możliwości często się powielają. „Nieefektywne, kosztowne i powolne" – taki surowy wniosek wydała w zeszłym tygodniu przewodnicząca Parlamentu Europejskiego, Roberta Metsola.

Źródło zdjęcia, AFP via Getty Images
NATO próbuje łagodzić problem, starając się zarządzać decyzjami dotyczącymi zakupów wojskowych w 32 państwach członkowskich. Jednak wytyczne sojuszu mają wyłącznie dobrowolny charakter.
Wszyscy członkowie NATO - z wyjątkiem Hiszpanii - ugięli się w zeszłym roku pod presją Donalda Trumpa i zgodzili zwiększyć wydatki na obronność. Jednak równie ważne jest to, czy środki będą wydawane efektywnie.
Większość państw instynktownie dąży do ochrony własnego przemysłu obronnego, nawet kosztem sąsiadów. Często zarzuca się to Francji.
Priorytety kształtuje historia
Jak wyraźnie pokazują wydarzenia na Bliskim Wschodzie, każdy kraj Europy ma swoje priorytety, mocne i słabe strony, kształtowane przez historię i obawy wyborców.
Niemcy czuły w tym tygodniu potrzebę jasnego zaznaczenia, że nie planują większej obecności wojskowej na Bliskim Wschodzie, nie mówiąc już o udziale w jakichkolwiek działaniach ofensywnych. Berlin wciąż bardzo niechętnie angażuje się w konflikty, głównie ze względu na przeszłość kraju.
Czy pamiętacie, jak społeczność międzynarodowa krytykowała Niemcy za opieszałość w wysyłaniu Ukrainie czołgów po pełnoskalowej rosyjskiej inwazji w 2022 roku? Ówczesny kanclerz Niemiec, Olaf Scholz, nie był wcale niezadowolony z nadanego mu przez niemiecką prasę przydomka „Friedenskanzler" (kanclerz pokoju).
Dla wielu Niemców myśl, że niemiecka broń może ponownie zostać skierowana przeciw Rosjanom - jak podczas dwóch wojen światowych - była źródłem głębokiego dyskomfortu.
Nowy niemiecki rząd, kierowany przez Friedricha Merza, nadal zwraca uwagę na obawy społeczeństwa, jednak zmierza w zupełnie innym kierunku. Niemcy są obecnie największym indywudualnym dostawcą pomocy wojskowej dla Ukrainy.

Źródło zdjęcia, AFP via Getty Images
Podobnie jak reszta Europy, Niemcy przez dziesięciolecia postrzegały USA jako gwaranta bezpieczeństwa.
Jednak - jak podaje NATO - po naleganiach administracji Trumpa, by kontynent przejął lwią część odpowiedzialności za własną obronę, Niemcy planują do 2029 r. przeznaczyć na bezpieczeństwo i obronność więcej środków niż Francja i Wielka Brytania łącznie.
Chcą też zbudować największą armię konwencjonalną w Europie. 80 lat po II wojnie światowej, gdy Niemcy są mocno zakorzenione w NATO i UE, sąsiedzi z zadowoleniem przyjmują inicjatywę Berlina, zamiast widzieć w niej zagrożenie.
Natomiast przywódczyni Włoch musi kontynuować taniec na linie – między włoską opinią publiczną a własnymi przekonaniami o tym, co jest najlepsze dla kraju i niej samej.
Giorgia Meloni zachowuje jak dotąd bardzo powściągliwą postawę w sprawie ataków USA i Izraela na Iran. W odróżnieniu od wielu europejskich przywódców, Meloni łączą z Donaldem Trumpem autentycznie ciepłe stosunki.
Jako trzecia co do wielkości gospodarka na kontynencie Włochy powinny wnosić znaczący wkład w zapewnienie Europie bezpieczeństwa. Jednak do niedawna plasowały się wśród państw o najniższych wydatkach na obronność. By zrozumieć dlaczego, należy przyjrzeć się historii kraju.
Włochy zjednoczyły się dopiero w 1861 roku. Wcześniej uważano je za „pole bitwy" obcych mocarstw, które wielokrotnie wykorzystywały włoskie terytoria. Włosi nauczyli się polegać na wąskiej grupie bliskich, zamiast oczekiwać opieki od państwa.
Po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę Włochy były w Europie Zachodniej wyjątkiem. W odróżnieniu od innych krajów regionu, większość włoskiego społeczeństwa od początku sprzeciwiała się wysyłaniu broni do Kijowa.

Źródło zdjęcia, Getty Images
Włosi mówili, że współczują Ukraińcom, ale wielu z nich kwestionowało zaangażowanie Rzymu w konflikt. Nie wierzyli, że włoski rząd ochroni ich przed skutkami ubocznymi, takimi jak wzrost cen energii lub potencjalny odwet ze strony Rosji.
Cztery lata później - jak podaje Instytut Studiów nad Polityką Międzynarodową - tylko 15% Włochów uważa, że UE i USA powinny dostarczać Ukrainie broń aż do wyparcia rosyjskich sił z kraju.
Dlatego premier Włoch, która stanowczo popiera Ukrainę, jest w bardzo niekomfortowej sytuacji. Wielkie obietnice, które składała międzynarodowym sojusznikom w kwestii obronności, kłócą się z opinią większości włoskich wyborców. Większość Włochów sprzeciwia się też znacznemu zwiększeniu wydatków na obronność, do którego Meloni zobowiązała się przed Trumpem.
Doraźne koalicje
Świadomość napięć między sojusznikami - i tego, na kim można w pełni polegać - ma kluczowe znaczenie w momencie, gdy Europa deklaruje nową erę ściślejszej współpracy.
Trudności w podjęciu jednomyślnych działań prowadzą do powstawania mniejszych, doraźnych koalicji państw.
Należą do nich łączne projekty w zakresie zakupów wojskowych - jak niedawny brytyjsko-norweski pakt obronny, dotyczący śledzenia rosyjskich okrętów podwodnych na północnym Atlantyku, lub kierowana przez Londyn i Paryż „koalicja chętnych" na rzecz pomocy Ukrainie.
Te „europejskie" sojusze coraz częściej obejmują kraje spoza kontynentu, uważane za wyznające podobne wartości. Należy do nich Kanada, a także Korea Południowa i Japonia, które często uczestniczą dziś również w ćwiczeniach wojskowych NATO.
Wielu Europejczyków niepokoi nowy ton polityki międzynarodowej - oparty jeśli nie na racji silniejszego, to przynajmniej na przekonaniu, że silniejsi powinni znajdować się w centrum uwagi.
Wraz z tym rośnie liczba państw europejskich, które deklarują gotowość do wspólnego działania. Coraz ważniejsze będzie zrozumienie, co kieruje każdym z nich i czy będą w stanie skutecznie współpracować.
Ten tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu zostały użyte narzędzia AI, w ramach projektu pilotażowego.
Edycja: Joanna Kozłowska












